SRIAL KILLER - two
-córciu,
jesteśmy na miejscu- budził mnie tato, gładząc przy tym moje
włosy.
"o tak,
jesteśmy w londynie" – pomyślałam i uśmiechnęłam się
sama do siebie. -Okej, już ide. - odparłam nadal zaspana,
otwierając oczy i przeciągając się.
Zabrałam
się za wychodzenie z auta. Popatrzyłam na dom, w którym byłam już
nie raz. Z zewnątrz nic, a nic się nie zmienił. Miętowe ściany,
zostały jedynie jeszcze raz pomalowane. Cieszyłam się, że mój
tata postanowił nie robić większych zmian. Z tym miejscem wiązało
się tak wiele moich wspomnień, może i nie wszystkie są tymi
miłymi, ale i tak większość z nich jest związana z moją mamą...
Moj ojciec wziął walizki do domu, więc ja nie
musiałam niczego nieść. Otworzyłam drzwi do naszego
nowego/starego domu. Jeszcze parę minut temu, byłam pewna, że nic
się nie zmieniło. Jednak źle myślałam. W środku prawie
wszystkie meble były nowe. Dom był urządzony bardziej nowocześnie,
ale nadal wszystko było strasznie podobne.
Cieszyłam
się, że od teraz to właśnie londyn jest moim domem, ale tutaj nie
znałam kompletnie nikogo... byłam sama. W sumie w Leeds nie było
lepiej, ale tam przynajmniej miałam się do kogo odezwać, a nie
tylko wieczorne rozmowy z zapracowanym ojcem. Nie miałam mu za złe,
że dużo pracował. W końcu wiedziałam, że wszystko robi z myślą
o mnie. Kochałam go i starałam się robić wszystko, żeby mu pomóc
i nie sprawiać problemów, tak jak w naszym starym miejscu
zamieszkania. Tu było inaczej. Nie musiałam nikogo udawać. Mogłam
być sobą, Carą. Nie Carmen. Mimo wszystko nie lubiałam jak ktoś
do mnie mówił Carmen, ale zawsze się tak przedstawiałam. To mama
dała mi imie. Była hiszpanką, a w tym języku Carmen znaczy pieśń.
Mama zawsze powtarzała, iż jestem jej ukochaną pieśnią, małą
kochaną Carą. Z wyglądu nie byłam podobna do mamy, wdałam się w
tatę. Szkoda.
Wprowadziliśmy
się w środku pół rocza. Nie było to dla mnie dobre, a i
znalezienie liceum nie jest łatwe w londynie. Naszczęście szef
mojego ojca, załatwił mi również miejsce w szkole, w której uczy
się jego syn. Gdyby nie to przeprowadzalibyśmy się dopiero w
wakacje.
Do
szkoły jeszcze nie chodziłam. Postanowiliśmy, że pierwszy tydzień
w nowym miejscu moge sobie odpuścić. Rozpakowałam się i wszystkie
inne rzeczy, które zabraliśmy z Leeds. Dobrze się tu czułam.
Był
piątek. Tata jak zwykle w pracy, a ja nudziłam się w domu.
Postanowiłam pierwszy raz wyjść z domu, gdzieś się przejść,
czy coś.
Ubrałam
na siebie zwykłe czarne leginsy, dłuższą szarą bluzkę z
wizerunkiem Lany Del Rey, a na to jeansową kurtkę. Na nogi ubrałam
stare białe converse.
Szłam
przed siebie, w sumie sama nie wiedziałam gdzie. Doszłam do
jakiegoś parku. Przechodziłam koło zakochanych par, z ich oczu, aż
tętniła miłość. A ja miałam tylko nadzieję, że mnie też to
kiedyś spotka, że pewnego dnia spotkam moją prawdziwą miłość.
Kogoś z kim będę się dopełniała, kogoś z kim będę rozumiała
się bez jakichkolwiek zbędnych słów. Tak, tylko tego naprawdę
potrzebuję do szczęścia.
W
którymś momencie, poczułam, ze już dosyć długo nie ma mnie w
domu. Chciałam zobaczyć, która jest godzina. Szukałam swojego
telefonu po kieszeniach, ale w nie było go.
-cholera
jasna... - zaklnęłam pod nosem, ale chyba troszeczkę za głośno,
bo starsza kobieta, która koło mnie przechodziła, popatrzyła się
tylko na mnie krzywo i pokręciła głową. Trudno... mogła, aż
tak bardzo nie wytężać swojego słuchu.
- Po około
piętnastu minutach prób, do przypomnienia sobie drogi powrotnej
zrezygnowana usiadłam na najbliższej, wolnej ławce i schowałam
twarz w dłonie, oddychając przy tym jakimiś ćwiczeniami na
uspokojenie, których uczyła nas kiedyś jakaś wytapetowana panienka prowadząca nam warsztaty o agresji.
"W
końcu się na coś przydała." - pomyślałam już trochę
uspokojona.
Z
moich jakże ciekawych przemyśleń wyrwał mnie czyjś głos.
- Coś się
stało?
Podniosłam
twarz z dłoni i moim oczom ukazał się chłopak, mniej więcej w
moim wieku. Na głowie miał burzę loków. Uśmiechał się do mnie
ciepło ukazując przy tym rząd swoich śnieżnobiałych zębów i
urocze dołeczki.
- Tak
trochę... no bo ja tak jak by... - przeciągałam. - tak jak by....
się zgubiłam.
Powiedziałam
w końcu. Sama się z tego zaśmiałam i znowu schowałam twarz w
dłoniach.
- mogę ci
jakoś pomóc? - spytał chłopak.
- z chęcią
cię wykorzystam... - popatrzyłam się w oczy chłopaka, które jak
się okazało były zielone. - możesz mi na przykład powiedzieć
jakim autobusem mam jechać, zamówić mi taksówkę, bo jestem tak
inteligeną osobą, że zapomniełam telefonu. Możesz też pokazać
mi w którą stronę mam iść.... coś, cokolwiek.
Chłopak
się zaśmiał. Wyglądał na bardzo miłego...
- Okej, ale
może najpierw powiedz mi gdzie mieszkasz?
Oczywistą
rzeczą jest to, że powiedziałam mu na jakiej ulicy mieszkam.
- w sumie...
to nie daleko. Możemy się przejść lub pojechać autobusem. Jak
wolisz? - powiedział lokaty.
- jak to my?
- zaśmiałam się jak głupia, ale no ok. Pewnie i tak się więcej
nie zobaczymy.
- tak to.
Mieszkam na tej samej ulicy. - powiedział słodko i poszliśmy.
Szliśmy
w ciszy. Nie przeszkadzało mi to w sumie, bo mogłam spokojnie
oglądać wszystkie miejsca, koło których przechodziliśmy. W
bodajże połowie drogi mój towarzysz się odezwał.
- tak w
sumie, to się sobie nie przedstawiliśmy... - uśmiechnął się,
ponownie ukazując mi swoje dołeczki. - Jestem Harry, Harry Styles.
Nie
wiedziałam po co przedstawia mi się w dosyć oficjalny sposób, ale
postąpiłam tak samo.
- A ja
Carmen. Carmen Grand... - powiedziałam pewnie, odwzajemniając
uśmiech.
- długo
mieszkasz w londynie? Ughhh... głupie pytanie, gdybyś mieszkała
długo, to pewnie byś się nie zgubiła. - zaśmiał się.
- Ej nooo...
nie śmiej się ze mnie! - uderzyłam go lekko z bara, sama się
śmiejąc z całej sytuacji. - to jest mój pierwszy tydzień w
Londynie. To znaczy, mieszkałam już tu kiedyś, ale wyprowadziłam
się mając 9 lat do Leeds.
- Okej, to
wszystko wyjaśnia... wyjaśnia to fakt jak mogłem nie zauważyć
tak ślicznej dziewczyny, mieszkającej niedaleko mnie.
- Ejejejej...
Ty już tak nie słodź mi tutaj co. - powiedziałam moją dziwną
składnią. Chciałam żeby brzmiało to poważnie, ale coś mi się
nie udało i wywołałam tym śmiech jak i mój, tak i Harry'ego. -
Dobra, nie nic...
Do
mojego domu doszliśmy po jakichś 30 minutach. Było bardzo, ale to
bardzo miło. To nic, że w tak dziwny sposób poznałam Harry'ego,
to nic, że już pewnie nigdy więcej się nie spotkamy... Ważne dla
mnie było to, że spędziłam już w Londynie chociaż jeden dzień
w miły sposób, z miłą osobą.
- A ty
mieszkasz dalej? - spytałam chłopaka.
- Taak, w
tamtym domu. - wskazał na dom obok mojego i wybuchł śmiechem, a
ja mu zawtórowałam.
- Ohh
yeaaa... znam swojego sąsiada! - wystrzerzyłam się.
Z
lokatym rozmawiałam jeszcze chwile, po czym zawołała go jego mama,
więc pożegnaliśmy się i poszliśmy do swoich domów. Od razu przy
wejściu w moje nozdrza uderzył zapach naleśników.
Od
razu zorientowałam się, że to oznacza, i mój tato wrócił
wcześniej z pracy. Szybko ściągnęłam buty i kurtkę, którą
powiesiłam na wieszaku i wręcz pobiegłam do kuchni.
- hej tato!
- powiedziałam, a raczej krzyknęłam i przytuliłam rodzica.
- Uuu...
widzę, e moja córeczka ma dobry humor. - zaśmiał się i
pocałował mnie w czoło. - Leć umyć ręce, już prawie gotowe.
Poszłam
do łazienki, zrobiłam to o co prosił mnie ojciec i wróciłam.
Usiedliśmy
do stołu, nałożyliśmy sobie jedzenie na talerz i od razu
zaczęliśmy rozmawiać.
- Domyślam
się, że zwiedzałaś dzisiaj Londyn? - zapytał ciepłym głosem
tata.
- O ile
zgubienie się w parku, z telefonem w domu można nazwać
zwiedzaniem... - powiedziałam pogodnie. - ale na szczęścia pomógł
mi nasz sąsiad, którego przy okazji poznałam.
- Mała Cara
wychodzi pierwszy raz z domu w nowym miejscu i od razu kogoś
poznaje... to jest talent. - zaśmiał się ojciec.
Kto
jak kto, ale mój tato, był człowiekiem, który zawsze, ale to
zawsze miał dobry humor. Podobnie jak moja mama i nawet chyba to ich
między innymi połączyło.
Kiedy
w końcu sobie pogadaliśmy i zjedliśmy, postanowiłam iść się
umyć. Podreptałam do swojego pokoju, wyciągnęłam z komody
bieliznę i ubrania, po czym weszłam do łazienki, która
przysługiwała mojemu pokoju.rozebrałam się i weszłam pod
prysznic, o którym marzyłam już parę godzin...strumienie gorącej
wody spływały po moim ciele, a ja myślałam co może przynieść
mi następny dzień, co może wprowadzić do mojego życia.
Po
jakichś 40 minutach położyłam się na łóżku, ale
przypomniałam sobie, że od wczoraj nie sprawdzałam ani facebook'a,
ani twitter'a, więc znowu wstałam, wzięłam laptopa biurka i
wróciłam to łóżka. Zalogowałam się na obie strony. Najpierw
ogarnęłam twittera, ale tam nie działo się nic ciekawego. Żadnej
akcji, mało ciekawych postów... Gdy jednak otworzyłam facebook'a
zobaczyłam, że mam jedno zaproszenie. Otworzyłam zakładkę i
zobaczyłam, że do znajomych zaprosił mnie Harry Styles, mój
sąsiad. Od razu przyjęłam zaproszenie, po czym weszłam na jego
profil, żeby pooglądać jego zdjęcia. Większość z jego zdjęć
była z jakichś imprez. Czyli lubił poszaleć...
Przerwano mi oglądanie jakże cudownych zdjęć
chłopaka, pisząc do mnie.
Nie
boj się mnie, nie wstydź się,
Odchodząc
od mojego delikatnego zmatwychstania.
Idolu
róż, ikono duszy,
znam
twoje imię.
Zaprowadź
mnie na wojnę
Z
twoim olśniewającym kierunkiem.
//
Elo :D witam was nowym rozdziałem! Przepraszam, że tak długo nie
pisałam, ale najpierw nie miałam czasu/ chęci, a potem małe
problemy z internetem.
Teraz
to już jestem ubezpieczona na brak weny. 8))) mam napisany jeden
rozdział do przodu. To znaczy jest napisany do połowy. Od teraz
postaram się dodawać conajmniej jeden rozdział w tygodniu.
Trochę
się rozpisałam.......................to do następnego! <3
PS.
przepraszam za wszystkie błędy, naprawdę się starałam i nie do
końca wyszło tak, jak bym chciała ;//
+
napisałam 1500 słów! Mój rekord 8)))))

